Pana Krzysztofa Lesińskiego poznałem kilka lat temu, przychodził do mojego sklepu wędkarskiego i robił za każdym razem dość duże zakupy. Nie wiedziałem wówczas, że prócz tego, że jest znakomitym wędkarzem, to również … wrażliwym poetą. Pewnego dnia ‑ gdyśmy się zgadali, że obaj piszemy wiersze – przyniósł swoje teksty poetyckie. Było ich kilkaset. Czytałem je w nocy, jesienią 2000 roku. Czytałem je ze wzruszeniem i z myślą, że oto narodził się nowy, interesujący, o wielkiej, dobrodusznej wyobraźni, Poeta.

     Ta książeczka, którą teraz trzymasz Drogi Czytelniku w dłoniach, jest wyborem z kilkuset doręczonych mi przez pana Krzysztofa wierszy. Mniemam, że to, co – idąc za prośbą Autora – wybrałem do druku, jest godne szacunku i warte, by zatrzymać się dłużej nad tym skromnym objętościowo, ale zawierającym wielkiego ducha, debiutanckim tomikiem wierszy. Wiersze te niosą prawdę, prawdę o samym autorze, prawdę o czasie, w którym przyszło nam żyć, prawdę o miłości, prawdę o cierpieniu, prawdę o naturze. Czy można żądać czegoś więcej …?
 
                                                                                                        Piotr Cielesz
                                                                                                         lato 2001.

 

***

 
gdzie jesteś
pieśni
 
z mrocznej piersi
serce
się wyrywa
 
zamęt i pustka
w głowie
 
gdzie jesteś
 
daj mi
jedną zwrotkę
jedno zdanie
 
zdanie prawdziwe
człowieka godne
 
06’2001

 

 
 
I wszystkie pięknie grają
 
W różowej sali
czerwcowych kwiatów
na krzewie irgi
mrowie owadów
‑ i wszystkie pięknie grają
 
w pastelowe kolory wystrojone
pszczoły miodne
obok szerszeni i os
w żółto czarne paski ubranych niemodnie
‑ i wszystkie pięknie grają
 
trzmiele kamienniki
w czerni ‑ bez bieli
i kilka pomarańczowo szarych
polnych i łąkowych trzmieli
‑ i wszystkie pięknie grają
 
żółto czarno białe
ziemne i ogrodowe
i mniejsze trzmiele leśne
czarno miodowe
‑ i wszystkie pięknie grają
 
w koncercie na tle
instrumentów pszczelich
słychać jak basują
kontrabasy trzmieli
oddając co chwilę
pierwszeństwo skrzypcom os
i głębszym tonom
dwóch kontrabasów szerszeni
‑ i wszystkie pięknie grają
 
artyści mniej znani
usiłują piękną grą
zatuszować złoto zielonej muchy
fałszywie brzmiący ton
‑ i wszystkie pięknie grają
 
Takie koncerty słuchają
tylko poeci…
i ci co mają dusze dzieci
 
06’1999
 
 
Usłyszałem twój głos
 
Usłyszałem twój głos
niezmieniony
 
wieszczący obietnicę
dzwon
z dalekiej wierzy
 
‑ przyjdź
na ciebie czekam
 
‑ przyjdź
we mnie znajdziesz spokój
‑ przyjdź
jestem twoim zbawieniem
 
‑ przyjdź
jestem twoim przeznaczeniem
‑ przyjdź
do Boga wrócisz
 
‑ przyjdź
zobaczysz gwiazdy
‑ przyjdź
ludzi pokochasz
 
– przyjdź
na ciebie czekam
 
03’1999

 

 

 
 
Dary losu

 

 
Czas miniony,
jak powalone drzewo
uschniętymi gałęziami
straconych nadziei
boleśnie kaleczący
serce.
 
Wspomnienia już wyblakłe,
a jeszcze bolą pamięcią
losu darów,
przez które przeszedłem kiedyś
obojętnie, depcąc stopą młodą
‑ jak liście zeschnięte.
 
Ten, który jeszcze pozostał,
z daleka widoczny,
podniosę,
w ramionach uścisnę,
wyprostowany do światła poniosę,
bliskich uśmiechem żegnając.
 
10’1998

 

 
 
Ziemia Kaszubska
 
Ziemio Kaszubska
sosny wiekowe
żółte piaski
 
z wiotkimi modrzewiami
brzozy piaskowe
nad rzekami osiki
szepczą z olchami
 
Ziemio Kaszubska
gorycz piołunu
słodycz macierzanki
 
nad jeziorami wełnianek
rozczochrane głowy
złotem kaczeńców
obsypane łąki
 
Ziemio Kaszubska
tęskny krzyk żurawi
w gniazdach bociany
 
szum skrzydeł
lecących łabędzi
nad lasami
taniec kruków
na niebie
kołowanie jastrzębi
 
05’2001

 

 

 

***

 

 
już w drodze
do kołyski
przez śmierć tuleni
 
jętki jednodniówki ‑
żywi
a już martwi
 
nieszczęśliwi
bo świadomością
obdarzeni
 
rozumni
a bezrozumnie
się broniący
 
przed miłosiernym
skrzydłem śmierci
 
02’2001

 

 

idzie młodość
 
w rytm kroku gra
piersi
w oczach słońce
i księżyc
z różowego marmuru
dwie kolumny
nogi
w sercu nieśmiertelność
 
z drogi
ulicą kroczy młodość
 
07’2001

 

 

 
 
Mamo

 

 
w żłobku
w szkole
w czasie pokoju
w czasie wojny
czułem
twój wzrok
pełen miłości
i troski
 
nawet teraz
gdy Cię niema
a ja stary jestem
czuję Twój wzrok
Mamo
 
02’2001

 

 
 
Świecące chmury
 
Na wieczornym niebie
chmury pierzaste
boleśnie poszarpane
 
purpurą jaskrawą
świecące
 
wielkość natury
głoszą
łuną krwawą
 
piękne
w swojej grozie
 
06’2000

 

 

 
 
Nie pytaj mnie kto tak dzieli los

 

 
Temu gorycz
temu radość
temu miłość
temu zdradę
 
Temu piękno
temu garb
temu biedę
temu skarb
 
Temu talent
temu gnój
temu lekko
temu znój
 
Temu zdrowie
temu dzwon
temu życie
temu zgon
 
Nie pytaj mnie
kto tak dzieli
ludzki los
Nie pytaj mnie
 
05’1999

 

 

 

męka

 

 
przez wieki
uczono
męki człowieka
na krzyżu
 
w słowach
w kamieniu
na płótnie
 
nie miłość
nie kwiat
a mękę człowieka
zaklinano
 
aż człowiek
stał się Bogiem
 
11’2000

 

 

 
 
Ostatni spacer

 

 
Kiedyś
– wierzę w to święcie ‑
spotkamy się
raz jeszcze
 
a gdy rano wstaniemy
drogą dawnych marzeń
pójdziemy objęci
 
do pomarańczowej kuli
wschodzącego słońca
 
01’2001

 

 
 
Sierpniowy poranek
 
Żółknące liście na śliwie
i na kasztanie
pierwszy sygnał
odwiecznego rytuału
zmiany pory roku
 
najpierw barwna
nostalgiczna
a niedługo potem
płacząca smutna
jesień nastanie
 
08’2000

 

 
 
Czas I
 
Siedzę w fotelu z głową
w plątaninie lepkiej pajęczyny
poczucia
upływającego czasu
 
Wczoraj dzisiaj jutro
wszystko poplątane
tak dawno tak szybko
tak niedaleko
 
Widzę czerwoną gumę pierwszej
chłopięcej procy
czuję
żal po zabiciu pierwszego ptaka
 
chłód wody Drwęcy
gdy nosiłem na plecach
przyjaciela zabaw chłopięcych
z darowanymi mu przez wojnę suchotami
 
Przeżywam
uniesienia miłości
wieku młodzieńczego
i pierwsze klęski wtedy łatwo znoszone
 
gorycz błędów
wieku podobno dojrzałego
które jak nie gojące się rany
bolą do końca
 
Jeżeli to wszystko było już
wczoraj
to od jutra
dzisiaj dzieli niewiele
 
01’1999

 

 
 
***
 
czy przyjdziesz
jeszcze raz do mnie
żebyśmy ‑ jak dawniej –
rano po rosie
po sadzie
się przechadzali
 
zrywałbym znowu
dla ciebie
chłodne owoce
i patrzył zazdrośnie
jak pieścisz
je ustami
 
11’2000

 

 
 
***
 
widziałem radość
na twarzy dziecka
oczy matki pieszczącej
dziecko kalekie
 
czy mogę zobaczyć
coś więcej
jak świat?
 
11’2000

 

 
 
Zabierzcie złe myśli
 
O sosny igrające ze słońcem
zielono złotymi refleksami
dęby kaleczące niebo
konarami potężnymi
mroczne olchy
z zeszłorocznymi szyszkami
listkami dzwoniące osiki
kojące modrzewie
i białe brzozy promienne
‑ zabierzcie ode mnie
złe myśli
 
07’1999

 

 
Znicz dla Matki
 
Czerwona lampka
wspomnieniami
pod jodłą płonie…..
i rani
 
nie da się cofnąć
czasu
 
czy jest ktoś tak
szczęśliwy
że Matce znicz zapala
bez winy
 
12’2000

 

 
 
wszystko umarło
 
martwy dzień
spalony przez inkwizytorskie słońce
 
martwa noc
pod trupim blaskiem księżyca
 
martwi ludzie
z ustami karpi wyjętych z wody
 
martwe ptaki
latające po ołowianym niebie
 
martwe serce
dzwoniące bólem twojego odejścia
 
08’2000

 

 
 
kobiety
 
młode kobiety
stare kobiety
mądre kobiety
głupie kobiety
piękne kobiety
brzydkie kobiety
dobre kobiety
złe kobiety ‑
matki siostry
żony kochanki
nasze
cudowne
kochane kobiety

11’2000

 

 
 
Jesienny poranek w Gdańsku
 
za oknem
listopadowy poranek
 
mewy
latają kamieniami
po ołowianym niebie
 
śnieg litościwie
przykrył nagą
ziemię
 
w dole mgła
otula szczelnie
budzące się miasto
i tłumi na redzie
sygnały boi
 
za oknem budzi się
smutny poranek
 
02’2000

 

 
Moje psy
 
Z dzieciństwa ledwie
moje kundelki pamiętam
‑ ostatni wabił się
Mucha
i był żółto biały
 
potem
miałem psów wiele
 
bardzo temperamentny
Teri
foksterier czarno biały
grę w piłkę uwielbiał
i nurkowanie
zawsze trzeba było
mieć piłek parę
 
najmądrzejszy ze wszystkich
Znajdek
kundelek bardzo kochany
zimą w śniegu
przez panią znaleziony
 
psi arystokrata
piękny Airedale terier
Lorbas
‑ Hrabią za elegancję
go zwano
 
irlandzki terier
suczka kapryśna
Szelma
wszystkie wady i zalety
kobiety miała
 
jej rodak
przyjazny dla wszystkich
Nygus
do zabaw skory
zbyt samodzielny
 
czasem myślę o psie
moim ostatnim
którego zostawię
co z nim będzie
kto go pokocha
kto się nim zaopiekuje?
 
11’2000

 

 
 
Ty
 
Piersi twoje
dwa śnieżne ptaki
tulące się do moich dłoni
 
twoje nogi
dwie cudowne drogi
do krainy Oz
 
usta twoje
krater wulkanu
przed wyrzuceniem lawy krwi
 
twoje włosy
zielona pajęczyna miłości
‑ a ja w nią zaplątany ‑
 
oczy twoje
dwie studnie nieodgadnione
bez dna
 
08’2000

 

 
Dziecko
 
Ramiona dziecka na szyi ‑
Świadomość naszego bycia
Rozkosz, radość poranka ‑
Zapowiedź ciężaru życia.
 
01’1997

 

 
muszki jak ludzie
 
tańczą tańczą
zwiewne tanecznice
tańczą
ulotne muszki
w słońcu
lustrami skrzydeł
błyskają
nad morzem
majowej
zieleni świeżej
radośnie
dzień swój jedyny
świętują
 
niemądre jak
ludzie
 
05’2000

 

 
 
głupio młode serce
 
blednie słońce
na drzewach zieleń szarzeje
kwiaty pachnąć przestają
pszczoły już tak cudownie
w lipcu na lipach nie grają
rano ciało jakby nie swoje
 
tylko serce ciągle
głupio młode
 
07’2000

 

 
 
Gdy urodzę się cyganem
 
Przy cyganów ognisku rzucającym, to cieniem, to blaskiem,
Rzeźbiącym twarze jak ludowy rzeźbiarz scyzorykiem,
Nocą gwieździstą urodzę się, tuż przed świtu brzaskiem,
By zajrzeć gwiazdom w dusze i świat powitać krzykiem.
 
Jak kwiat strojna matka, w wodach leśnych strumieni
Kąpać mnie będzie, staro cygańskie nucąc ballady.
I uczyć jak iść przez życie pełne światła i cieni,
Jak kochać, jak znosić cierpienia i zdrady.
 
Nauczy jak grzyby rozpoznać, która jagoda zaszkodzi,
Który ptak jak śpiewa, gdzie gniazdo swoje buduje,
Że nie można krzywdzić matki, która z koźlęciem chodzi
I kwiatów tysiąca nauczy, które natura na łąkach hoduje.
 
Od ojca ‑ o oczach mrocznych, zawsze pełnych żaru ‑ cygana
Wolnego jak wiatr, co nigdy z obranej drogi nie zbacza,
Dowiem się kiedy tańczą konie, i że są myśli co bolą jak rana,
Jak przyjaźń jest ważna, i że fałszu i zdrady się nie wybacza.
 
A gdy dorosnę, przy ogniska pąsowego kwiatu, po białe ranki
Będę poezją skrzypiec czarował, legendy śpiewał o miłości
I kochał tańczące motyle o skrzydłach z barw tęczy ‑ cyganki,
Co biodrem kuszą, a w oczach mają obietnicę namiętności.
 
07’1998

 

Szło drogą Kochanie
 
W słońcu czerwcowym
szło drogą Kochanie
szło lekko beztrosko
‑ to sobie idzie
to przystanie ‑
na kwiatek popatrzy
zagwiżdże do ptaszka
do nieba głowę podniesie
rozłoży ramiona jak ważka
i młynka zakręci wokoło
koźlę kropione pogłaszcze
zająca zachęci do biegu
na trawę wiosenną
siądzie na lasu brzegu
na mchu głowę położy
z płatków stokrotki
sobie powróży
i szczęśliwe zaśnie
‑ nasze Kochanie
 
10’1999

 

 
 
Piękno
 
Darowałeś mi piękno:
zarumienionej matki
karmiącej niemowlę
rozświetloną piersią
 
barwnej tęczy
po ulewnej burzy
spijającej złoto
z dojrzewającego łanu pszenicy
 
oczu dziewczyny
rozświetlonych miłością
próbujących ukryć obawę
i pragnienie spełnienia
 
radości dzieciństwa
w podskakujących
warkoczykach dziewczynki
ze skakanką
 
rozsypanych kwiatów
na wiosennej łące
pachnącej słońcem
strojnej zwiewnymi motylami
 
granatu nieba
zdobionego bogato
budzącymi nostalgię
dalekimi gwiazdami
 
radosnej jaskółki
śmigającej swobodnie
po bezkresach
pogodnego nieba
 
brylantów rosy
budzonych przez słońce
poranne na rozpiętych
przez jesień pajęczynach
 
Daruj mi jeszcze
piękno godnego umierania
w gronie pogodnych przyjaciół
i rodziny
 
07’1999

 

 
 
Spotkanie po latach
 
Uciekającego czasu nikt nie zauważy
W codzienności własnej twarzy
W oczy przyjaciół spotkanych trzeba spojrzeć
W oczy zmęczone przez lata, by to dojrzeć
 
Na twarzach zmarszczki czasem kreślone
Zauważyć, i włosy mocno przerzedzone
Wiekiem, kiedyś proste ramiona teraz pochylone
Kwiatami starości malowane dłonie
 
I tylko głosy jak dawniej ‑ czasem niezmienione
 
09’1998

 

 
 
Moja miłość
 
Twój gest
Twoje spojrzenie
Twój uśmiech
Twoje istnienie

Moja miłość
 
01’1999

 

Rawik
 
Joanno głosem bliska Bogom
zrodzona z dwóch kultur
tak odrębnych
 
dzwonem głosząca miłość
 
wierna do końca
śpiewającemu nieszczęściu
i silna jak jej kochanek
 
Joanno dziękuję
 
11’1999

 

Modrzewie dnia ostatniego
 
Modrzewie
zielone niemowy
utulcie mnie w swoich
kojących ramionach
uchrońcie przed światłem
dnia
ukołyszcie do snu
dzieciństwa beztroskiego
do długiego snu
ostatniego
 
12’2000

 

 
 
Nie zapomnisz
 
Na nic podarcie
starej fotografii
dedykacji
z książki wydarcie
wyrzucenie prezentu
kiedyś miłego
‑ i tak serce będzie znaczone
bliznami wspomnień
tych których kochałeś….
i tych których skrzywdziłeś
 
09’1999

 

 
 
Zakochany poranek
 
Czerwcowa noc krótka
bo zakochany poranek
nadrzeczną polanę
śpieszy zorzą budzić
 
by obsypać srebrem rosy
i delikatnie
mgłą poranną otulić
margaretkę ukochaną
 
‑ wiotkiego anioła
w zielonej sukni
ze złotą twarzą w białych
włosów koronie ‑
 
leniwie przeciągającą się
w licznym gronie przyjaciół
‑ świecących złotem
gwiazd kaczeńców
 
a potem słońce poprosić
by ciepłem swoich promieni
w ukochanej pożądanie
zechciało rozbudzić
 
żeby nie zwiędła
‑ gdy przyjdzie czas ‑
przed poznaniem rozkoszy
spełnienia
 
06’1999

 

 
 
obojętny tłum
 
pochylone krzyże
nieczytelne epitafia
 
obojętny tłum
zimne twarze
 
skronie rozsadzane
obcym życia
gwarem
 
obojętny tłum
deptane serca
 
z pokorą zły los
przyjmowany
 
obojętny tłum
umierające kwiaty
 
obojętny tłum
zimne twarze
 
09’2000

 

 
 
Kolory wiatru
 
Czy wiesz że wiatr
może być różowy
szary lub pomarańczowy
albo zgoła tęczowy
 
na przykład kochanków
na łące śpiących ‑
budzi rozmarzony
wiatr tęczowy
 
dzieciom rozbieganym
‑ rozwiewa
gęste czupryny
szalony wiatr różowy
 
starcom znużonym ‑
rano na spacerze
towarzyszy spokojny wiatr
szary lub brązowy
 
a matkom z dziećmi
na spacerze ‑
cichutko nuci zakochany
wiatr złoto pomarańczowy
 
02’2000

 

Czas II
 
Góra lodowa
ogień serc gasząca
postępowy paraliż woli
 
mróz wiosenny
zabijający w gnieździe bezradne pisklęta
susza zmieniająca barwne kwiaty
w szary popiół
 
czas niewidoczny
‑ podstępny zdrajca
zmieniający ukradkiem świeżość tańczącą
w pełzające próchno
 
05’1999

 

 
 
Światło
 
Światło musi zgasnąć
czasem
żeby móc popatrzeć
w gwiazdy
 
żeby ukryć
przed obcymi łzy
oczy otworzyć
i we własną duszę zajrzeć
 
10’1999

 

 
 
Kolory grudnia
 
Z wierzchołka bezlistnej lipy
szare kłębki dzwońców
złotymi kroplami
spadają do karmnika
 
żółto – modrą kaskadą
uciekają
wystraszone sikorki
 
tylko na chwilę ‑
już ‑ błyskając żółcią –
wracają
i pracowicie się uwijają
wśród oliwkowo szarych
czyży i dzwońców
łuskających leniwie
nasiona lnu
i słonecznika
 
12’2000

 

 

Dedykacja

 
Jak boli
jak szarpie serce
znaleziona w książce dedykacja
sprzed czterdziestu laty ‑
napisana matce
 
tylko dwa słowa
dwa słowa i data
napisane kiedyś radośnie ‑
teraz ranią czasem minionym
nieodwracalnie
 
11’1999

 

 
 
Dzień zaduszny
 
Widzę twarze najbliższych, rozświetlone
pamięcią tysięcy zadusznych zniczy,
nie zmienione, wczoraj pożegnane,
niemo pytające kiedy się spotkamy.
 
Obok matki martwiącej się już tylko o jednego syna,
mądra twarz ojca z jasnym, dumnym okiem
i raniący serce widok brata, z którym więzów krwi
zacieśnianie los zerwał, tak nagle i tak brutalnie.
 
Świadomość przemijania ‑ tragiczna cena człowieczeństwa
przybliżona dzisiaj, dławi w gardle i dziwnie pierś ugniata,
koleiny uciekającego czasu wypełnia goryczą miłości
nie okazanej bliskim, którzy odeszli na zawsze.
 
11’1998

 

 
 
Nieuchronność
 
Dziecko ‑
w cieniu nachylonych rodziców twarzy
rączkami podaje nieporadnie nieskończoność,
a oni dar szczęśliwi przyjmują
nie wiedząc, że śmiercią ich darzy.
 
Ona ‑
blada z mędrca uśmiechem wyższości
stoi spokojnie za rodziców plecami i patrzy,
jakby chciała powiedzieć: kontynuacja,
to tylko etap nieuchronności.
 
10’1998

 

 
 
Kociewski wieczór
 
Słonce już za jeziorem
zaszło
niebo ostatkiem sił
czepia się dnia
na horyzoncie ogniem
zorza dziko płonie
krwią ociekający szafot
na ostrym błękicie
 
dziwny niepokój
lęk
co jutro
poza wiatrem
przyniesie
 
05’2001

 

 
 
Dzień listopadowy
 
Z ponurego nieba
przylatują ptaki
ołowiane
szarpią duszę
rozrywają
 
ledwo zagojone
rany
krwawią świeżą krwią
starych zdarzeń
 
budzą się uśpione zmory
jątrzą otwierane rany
żłopią
rozbryzgują krew
 
świat smagany
zimnym deszczem
wiatr chichotem
diabła wyje
 
przylatują ołowiane
ptaki wspomnień
zmory sumień
odganiają sen
 
08’2000

 

Mordowane gwiazdy
 
Ci którzy na murach ulic
wieszają Gwiazdy
na szubienicach
 
nie widzieli oczu małego Dawida
prowadzonego za rękę
przez umarłą z rozpaczy matkę
‑ do lasu dobrzyńskiego….
a potem prosto do nieba
 
uśmiercane haniebną śmiercią
Gwiazdy Dawida
ostatnią rozpaczą
daremnie szukują człowieczeństwa
w oczach swoich oprawców
‑ jak kiedyś mój najlepszy z podwórka
przyjaciel
 
10’1999

 

 
 
Bezsenna noc
 
Za oknem
na tle czarnej ściany
niedalekiego starodrzewu sosnowego
otulone światłem latarń przydomowych
zmartwione modrzewie
z obwisłymi bezradnie ramionami
‑ jak starcy
niemo skarżący się
że najpierw było za wcześnie….
a potem na wszystko było za późno
 
07’1999

 

 
 
Bory Tucholskie
 
Wrosłem w tą ziemię
nieurodzajną ‑
ziemię piasków
zapachu żywicy
 
gorzkiego smaku
piołunu
w południowym słońcu
 
aromatu macierzanki
 
wrosłem w tych ludzi
co w sercach
miłość pewnie chronią
jak płomień zapałki
w spracowanych dłoniach
 
kiedyś ci ludzie
w ostatnią drogę
na barkach mnie
poniosą
ostatni toast
ze mną wypiją
 
i jak o swoich bliskich
zapomną
 
12’1999

 

 
 
gwiazdy matki
 
twarz jak grudniowa rola
palce pokaleczone
różańcem
 
pochylona do ziemi
w pamięci liczy
gwiazdy
 
tyle gwiazd tyle gwiazd
 
rozrzuciła po świecie
a w oczach tak ciemno
tak ciemno
 
gdy je w mękach rodziła
nie wiedziała że dla innych będą
świeciły
 
08’2001

 

 
 
Przemijanie
 
Domy z dzieciństwa wspomnień jakoś skarlały
Las nocą nie przejmuje grozą i stał się mały
Nie koją już wieczory, nie cieszą poranki
Niebo błękit straciło, zginęły z chmur baranki.
 
Łąk zapach zwietrzał i kwiatów na nich mało
Gwiazdy są bledsze, słońce jakby mniej grzało
Ptaków barwnych mniej, i ciszej śpiewają
Tęcze po deszczu barwami już tak nie grają.
 
Kropla deszczu, płatek śniegu na twarzy
Uniesionej nie cieszy już i nie rozmarzy
Wody w słońcu blask zgubiły czysty
Czy to już czas ‑ czekanie na spokój wieczysty?
 
1985/98

 

 
 
Dzisiaj
 
Jak każdego dnia
jak przez całe życie
 
‑ miłość i cierpienie
miłość i cierpienie
 
cierpienie
cierpienie cierpienie
 
10’2000