zdjecie zdjecie

 

 

      Zbiór wierszy i proza publikowane w antologii DRUGI BRZEG – redakcja Maciej Grad, opracowanie graficzne Jarosław M. Michałowski.

 

 

zdjecie

 

 

       Krzysztof Janusz Lesiński, emerytowany docent Politechniki Gdańskiej. W młodości sportowiec, członek Kadry Narodowej Judo, mistrz Polski Północnej, trzykrotny brązowy medalista Mistrzostw Polski, kilkakrotny złoty medalista drużynowy. Autor lub współautor 150 publikacji i wielu patentów, promotor siedmiu prac doktorskich, laureat sześciu Nagród Ministra. Wędkarz, myśliwy, kolekcjoner białej broni, właściciel (z synem Jakubem) i dyrektor Przedsiębiorstwa Specjalistycznego DRACO. Znawca i wielbiciel przyrody, wina, whisky… 
       Wiersze zaczął pisać w swojej Lorbasówce, czterohektarowej posiadłości w Borach Tucholskich, nad rzeką Wdą, gdy poczuł się szczęśliwy, bo znalazł spokój i przyjaciół. Teraz pisze również w Sulminie, w którym od pięciu lat mieszka, gdzie z progu domu zimą wita Oriona, latem Wielką Niedźwiedzicę i słucha ciszy.



         zdjecie

czeczeński mściciel

 
świat
jeszcze nie wie
że ze spalonych szkół
z gruzów szpitali
z trupów zgwałconych
kobiet
i zamordowanych dzieci
zrodzi się mściciel
który pamięcią krzywd
posieje grozę
 
rosyjskie matki
nie znajdą grobów swoich
synów
 
osiemnastoletnich poborowych
 
12’1999
 
 
dzieciństwo
 
uliczny bruk
chłodzony dziecięcymi
stopami
na gorących ścianach
drewnianych domów
śmiesznie biegające
arlekinowe skakuny
na schodach
rozkraczone kobiety
podsuwające dzieciom
piersi znaczone
niebieskimi żyłkami
z tuby gramofonu
dźwięki walczyka
chrypią z oddali
człapiący koń
ciągnie wóz
na nim furman pijany
w oknie
blady mężczyzna
czekający cudu nad drwęcą
w dobrzyniu
 
03’2000


miłość życia
 
nawet wtedy gdy życie
warte było słowo
gest nieostrożny
spojrzenie zbyt śmiałe
 
gdy upodlone szkielety
ledwo zakryte
obozowymi pasiakami
czepiały się kurczowo
nie chcącej ich ziemi
 
kryjącej się wstydliwie
w dymie palonych ciał
zżerającym oczy szukających
ocalenia w niebie
 
nawet wtedy gdy bóg
nosił bezwstydnie mundur
niemiecki
 
nad podłością
triumfowała miłość

i zwyciężało życie
 
03’2000

 

***

Z kronik filmowych
pamiętam twoją twarz
ze szkoły proletariackie

wiersze

dziś wiem że los
zabrał ci Marychnę
i Anię
zostawił talent
dał uzależnienie

 

że pisałeś nie tylko
proletariackim gniewem
że najpiękniej
pisałeś sercem

05’2000

roboty

pod czerepami białe
lawy mózgów
tętnią bulgocą
parują
 
nie rozumieją
 
oczy patrzą myszkują
świdrują
depcą piękno
 
nie widzą
 
serca drgają biją
gorącą osoką
ociekają
 
nie czują
 
chodzą śpią
pracują jedzą
spółkują
 
myślą że żyją
 

09’2000

***

 
Ktoś w dłoniach drżących
miłości
nikły płomień podtrzymać
próbuje
 
ktoś pamięci popioły
rozgarnia
i potwierdzenia
nie znajduje
 
czyjeś serce krwawi
i z bólu zamiera
ktoś krzyczy bo nie chce
umierać
 
ktoś bluźni wierszem
nieudanym
a Ty wciąż tylko
nadzieję
jak cukierki rozdajesz
 

10’2000

Miłość i czas

 
Zapomniana miłość
jak lalka kiedyś
kochana
 
teraz
porzucona na
zagraconym strychu
pamięci
 
krzyczy swoją krzywdę
rozwartymi ramionami
 
pustymi oczami daremnie
próbuje przywołać
miniony czas
 

10’2000

wesz ludzka

 
ciepłe ciałko
cieliste
tłusta dupka
 
cichutko sobie
żyje
nie hałasuje
trochę się zdrzemnie
obudzi rozejrzy
 
gdzie może
krewki popije
zniesie jajeczka
i znowu w cień
się schowa
 
boskie stworzenie
a budzi obrzydzenie
 

09’2002

***

 
Jeszcze mnie prześladują
z dzieciństwa obrazy
 
Beznadziejność i szaleństwo
w małych okienkach
bydlęcych wagonów
 
Krwawe łachy rozstrzelanych
z rozrzuconymi ramionami
 
W martwych oczach
wyglancowane buty oprawców
 
Jeszcze mnie prześladuje
nieczłowieczeństwo morderców
i mordowanych
 

10’2002

rozkaz

 
ten naród
który nie chce oddać
duszy
trzeba zniszczyć
unicestwić
 
wymordować
 
niech czeczeńskie góry
krwią spłyną
wieszać wieszać wieszać
palić
strzelać
 
wymordować
 
obcinać uszy obcinać
ręce
ze skóry obdzierać
kobiety gwałcić
dzieciom rozbijać głowy
 
wymordować
 
świat nic
na to nie powie
świat chwali amerykanów
za bombardowanie dzieci
 
wieszać wieszać wieszać
palić
strzelać
 
wymordować
 

01’2003

***

 
Na mokrym asfalcie
pod szarą płachtą
dziecięce zwłoki
 
wystająca rozbita
głowa
rozrzucone nogi
obok but
lewy
 
na szosie policjanci
 
na poboczu
milczący gapie
płaczące kobiety
i ksiądz blady
 
mówiący w kółko
o drodze dziecka
do nieba
o czekającym nań
Bogu
 
pewnie nie wiedział
że dziecko szło do domu
i czekali na niego rodzice
a Bóg
nie zawracał sobie
dzieckiem głowy
 
tej nocy śnił mi się
Bóg
nie zamykający ust
ksiądz
czekający rodzice
 
na czarnym asfalcie
strzępy mózgu
dziecięcego
i czerwone znicze
 

05’2004

prezydenci

 
ten co uwikłał nas
w wojnę
wyraził ból i żal
że zginął milewicz
 
obiecując ścigać
broniących swój kraj
bandytów
 
ok george
 
jak jeszcze gdzieś
kobiety i dzieci
zabijać będziesz chciał
dam ci
polskiego żołnierza
 
wypijmy george
za nasze prezydentury
 

02’2005

obrazek z ulicy

 
ile bólu
w oczach młodej matki
ciężko idącego ojca
 
ile radości
w nieporadnych krokach
kalekiego dziecka
 
dlaczego przechodnie
wstydliwie odwracają oczy
 
czy mogą wstydzić się
za boga
 

05’2005

***

 
trzeba być wyjątkowym skurwysynem
żeby twierdzić że nie było holokaustu
 
gdybym urodził się
żydem
błądziłbym teraz
po niebie
śladami czarnego
dymu
z krematoryjnego
komina
 
i drażniłbym
nozdrza skurwysynom
 

02’2009

do siddharty

 
jestem zbyt strudzony
żeby zmieniać ciało
 
dość świadomy
żeby bez nowego bólu
odejść w nicość
 
śmierć jest formą
życia
 
pustka jest ofiarą
 

02’2009

***

 
od butelki do butelki
od białego do fioletowego
drogowskazu za horyzonty
świadomości
 
bez możliwości ucieczki
od obrazów bosha
 
egzystencja
na krawędzi upodlenia
bez zrozumienia
i życzliwości
 
z wyrokiem publicznej
egzekucji
strzału w potylicę
 

07’2009

***
Andrzejowi Wiśniewskiemu,
który stworzył wszystkie coyote’y
i rozmawia z kamieniami
gdy milczą anioły

 
widziałem anioła
jak brodził w porannej mgle
na rzepakowym rżysku
 
zatrzymywał się
coś mówił gestykulował
jakby się z kimś kłócił
albo spierał
 
pewnie z bogiem
 
potem siadł zmęczony
na miedzy
pod polną gruszą
 
podparł głowę dłonią
znieruchomiał
jak rzeźba augusta rodin’a
 
i znikł
w podnoszącej się mgle
 
po wschodzie słońca
na szarym kamieniu
znalazłem trzy świeżo
zerwane kwiaty
 
świeciły cynobrem
pachniały miłością
człowieczą
 
widziałem anioła
 
pewnie to ten
z którym piłeś wino
gdy stał blady prosto
gotycko
ze złamanym skrzydłem
przy wejściu do katedry

w reims

i dał ci kosmyk włosów
matki boskiej
żebyś namalował tęczę

 

09’11’2009

dziesięć dni na świecie

 
W Kenii i Tanzanii
krwią i ludzkimi strzępami
Dzichad straszy Amerykę
Świat z obłudną troską
patrzy na Kosowo
grożąc anemicznie sprawcom
rozstrzelanych mężczyzn
i zarżniętych kobiet
Na festynie w Wakajama truto
ludzi ryżem z cyjankiem
W Oświęcimiu
Gwiazdą i Krzyżem
Katolicy walczą z Żydami
Zapachniało krwią w Irlandii
Bractwo Czeladników
wygwizdane przez Katolików
W Karolinie rozszalały Boni
w Chinach zbiera żniwa Jangcy

Afrykańskie matki umierają z głodu

tyle razy ile dzieci mają

zajrzałem w cierpiące oczy matki

kalekiego dziecka
w obojętne oczy księdza

Bóg gdzieś mi się zawieruszył
 
sumienie świata
jak obce księżyce dalekie planety
 

1998’2010

co mi będzie żal zostawić

 
co mi będzie żal zostawić?
jeszcze nie wiem
może tego
czego nie wypiję już
i nie zjem
 
z grzanką i serem
zupy cebulowej
na wędzonym żeberku
z majerankiem grochowej
 
na skrzydełkach
krupniku
z warzywami
mamy czerniny
z gruszką i śliwkami
 
przeglądu warzyw
zupy jarzynowej
słońcem błyskającej
brukwiowej
 
pieprznego barszczu
z kołdunami
bulionu z pływającymi
żółtkami
 
ze śmietaną grzybowej
zupy gąskowej
na maśle
malowanej koperkiem
pomidorowej
 
kapuśniaku z kminkiem
czyli parzybrody
po staropolsku fasolowej
 
lina a’la flaczki
flaków wołowych
gulaszu
z podrobów drobiowych
 
móżdżku po polsku
cynadrów
i ziemniaczanych
placków
 
co mi będzie żal zostawić?
jeszcze nie wiem
może tego
czego nie wypiję już
i nie zjem
 
darów morza
u Szczęsnego
kaczki po tonkińsku
i kaczki z jabłkiem
po chłopsku
 
karpia księżycowego
karpia po żydowsku
ziołami pachnącego
szaszłyku po ormiańsku
plinca po kaszubsku
i dań po gdańsku
 
dzika a’la ambasador
w winie z wiśniami
duszonego
w piwie z migdałami
 
wątróbki z cebulką
golonki z grochem puree
królika w estragonie
w cieście lub saute
z wątróbką gęsią zająca
i zajęczego combra
 
co mi będzie żal zostawić?
jeszcze nie wiem
może tego
czego nie wypiję już
i nie zjem
 
bażanta babuni
z jarzynami
przepiórki po diabelsku
albo z wiśniami
 
grzywacza w miodzie
z kukurydzianymi
plackami
wołowej polędwicy z
ziemniaczanymi kulkami
 
z czosnkiem i ziołami
udźca baraniego
w białym pieprzu i koniaku
udźca sarniego
 
w winie z gruszką steku
z jelenia
w jałowcu jeleniego combra
 
co mi będzie żal zostawić?
jeszcze nie wiem
może tego
czego nie wypiję już
i nie zjem
 
jęczmiennej whisky
słodowej
single malt jednobeczkowej
Jacka Danielsa
a nawet zbożowej
 
z win czerwonych Merlot
i Sauvignon Cabernet
z białych win reńskich
i Chardonnay
 
co mi będzie żal zostawić?
jeszcze nie wiem
może tego
czego nie wypiję już
i nie zjem
 

1998’2009

 

 

 

zdjecie

 

 

 
 


* Patrzę na Twoją uskrzydloną kobietę i jestem ciągle zachwycony. Cudowne biodra, zachwycające łono, wspaniałe piersi, i skrzydła, ta asymetria w ich ułożeniu jest genialna. A rzeźba druga? Ciągle nie widzę jej jednoznacznie. Kobieta uskrzydlona cudem macierzyństwa? Anioł (Anielica), który pozazdrościł ludziom rozkoszy, poznał jej smak i skutki, i postanowił do końca zostać przy człowieczeństwie, o czym mógłby świadczyć wspaniały gest dłoni obejmującej to, co jest dla kobiety brzemiennej najcenniejsze, rozwijające się w niej nowe życie? A twarz, tak smutna, właściwie tragiczna, czy to odbicie walki świętości z człowieczeństwem? A może to już tylko determinacja? Czy możesz mi pomóc się odnaleźć w Twojej rzeźbie, Sylwku? (2007.04.01)

* Zabija mnie codzienna gonitwa z chwilowymi przebłyskami świadomości, że nie robię tego co ważne, tego co lubię, że czas ucieka, a ja przecież właściwie już nie jestem. Że wokół tyle piękna, obok którego obojętnie przechodzę, w drodze do nicości. Że myśl coraz bardziej leniwa, ucieka i nie chce wracać. Ot życie, i ciężar ludzkiej świadomości. Nie ma nawet miejsca na cień wątpliwości. Wszystko jest pewne i nieuniknione. Logiczny porządek bezsensu. Zazdrościć tym, którzy jeszcze mają Boga. (2007.06.20)

* Widzisz mnie jak na dłoni, widzisz jak się miotam. Właśnie ten czas, czas dla siebie, rzecz absolutnie fundamentalna. Bo przecież w egzystencji ludzkiej, jeżeli wolisz w życiu ‑ tak brzmi lepiej ‑ czas jest miarą tylko i wyłącznie nas, jednostki. Wartością więc jesteśmy my, czas jest tylko naszą miarą. Kończę się ja, kończy się mój czas, którym byłem, jestem inspirowany, determinowany, ograniczany, mierzony. Rzecz w tym, że uświadamiamy sobie to późno, zbyt późno i obarczeni nabytymi nawykami ‑ Pawłow powiedziałby odruchami warunkowymi ‑ nie potrafimy już zrzucić z siebie tego, co mało ważne, lub zgoła nieważne. Pozwalamy, żeby czas niepodzielnie nami rządził, tracimy pozycję, co najmniej strony, bo przecież moglibyśmy zawrzeć niepisaną, w miarę korzystną umowę z czasem, a pozwalamy zepchnąć się do pozycji zaledwie podmiotu jego działania. (2007.06.26)

* Tak, morze budzi nostalgię. Pamiętam jak kiedyś siadałem na plaży, to była wczesna wiosna, jesień lub zima, wczesne rano lub wieczór ‑ w każdym razie było tylko morze i ja. Patrzyłem na linię, gdzie morze całowało się z niebem, lub na światła statków stojących na redzie i wsłuchiwałem się w cichy szept morza. Zamykałem oczy, zapominałem kim i gdzie jestem, słuchałem i pomału zaczynałem rozumieć, co szepcze ‑ uspokój się; jesteś tylko pyłkiem w kosmosie; twoje trwanie, to zaledwie błysk twojej błyskawicy, której inni nawet nie dostrzegą; uspokój się zostaniesz we mnie, w ziemi, w drzewach, w niebie; wycisz się, uspokój się; jesteś i zostaniesz, materią nieśmiertelną. Ale gdy morze było wzburzone, z grzmotem fal wiatr targał mną i niósł ryczące przesłanie: walcz; gryź, kop, drap pazurami, walcz; jesteś najważniejszy, walcz; do tego zostałeś stworzony, walcz; nie popełniaj zbrodni zaniechania, walcz; to jest istota człowieczeństwa, walcz; podnieś się, podnieś się i walcz. Czyż to nie jest kwintesencja człowieczeństwa? I za to morze kochasz. Zresztą nie można go nie kochać, bo morze pozwala nam słyszeć siebie, jeżeli tylko tego chcemy, i mamy trochę cierpliwości. (2007.10.10)

* Tak kochanie, fotografia to cudowny wynalazek, oko obiektywu w ułamku sekundy zatrzymuje czas i czyni go bezwolnym. Nowe zostaje nowym, młode młodym, piękne pięknym, aż do zniszczenia fotografii. Czas musi się na to nieźle wściekać.

Wszelkiego rodzaju bibeloty dają domowi duszę, odwiedź mnie kiedyś w Sulminie, to pozbędziesz się kompleksów zbieractwa. A umieranie niestety jest nieuleczalne, dlatego ludzie wymyślili ten drugi, lepszy świat, żeby nadać sens swojej krótkiej, ziemskiej egzystencji, ale to i tak, jak sama czujesz, jest kiepską ucieczką przed tym, co naczelnych wyróżnia ‑ przed świadomością. Jak żyć? Właśnie. (2008.07.16)

* Nie, przeciwnie, nikt nie odchodzi bez żalu, a szuflady zawsze budzą żal i nostalgię, czasami ból. Tydzień temu “odnalazł mi się” kolega ze studiów, żyjący w Kanadzie. Przesłał mi skan mojego zdjęcia z dedykacją, które mu dałem na pierwszym roku studiów. Schlebił mi przy tym mówiąc, że moja dedykacja była jego mottem, przez całe życie ‑ “Życie byłoby lżejsze gdybyśmy przestali być własnymi wrogami”.

Złe decyzje, złe wybory, a przede wszystkim brak świadomości, że jesteśmy jedyni, niepowtarzalni i najważniejsi, ważniejsi nawet od tych, których kochamy. Przecież każdy rodzi się sam, i sam umiera. A życie udane, czy nieudane, ocena nie jest taka prosta. Bo często brak tego, co oczekiwaliśmy wzbogaca nas wewnętrznie, rozwija intelektualnie. Powiedzenie, że szczęście ogłupia, wcale nie jest takie trywialne. (2008.07.18)

* Ile istnień, tyle początków i końców świata. Dla każdego z chwilą narodzenia świat się zaczyna, z chwila śmierci kończy. Wszystko inne, to już mniej, czy więcej udane próby człowieka, zmierzające do uzasadnienia sensu swojej egzystencji. (2008.07.19)

* Moja droga Przyjaciółko, w każdym kierunku filozofii znajdziesz pojęcie Boga, jako Bytu, reszta to już tylko interpretacja, percepcja. Myślę, że jest jakiś czwarty wymiar w świadomości człowieka, nad którym nie panuje. Ba, nawet nie jest to sprawa jego świadomości, bo jest to chyba sfera podświadomości, niektórzy twierdzą, że ogromnej potęgi. Tak moja droga, nasza wiara, czy niewiara, to ogromne ryzyko, powstające na gruncie niepewności. I paradoksalne, im więcej myślisz, studiujesz, uczysz się, więcej wiesz, tym wiesz mniej. Im masz więcej wątpliwości, tym bardziej kurczowo trzymasz się wiary, bo ona daje Ci nadzieję. Na marginesie, istnieje grupa ludzi, która z tego nieźle żyje. (2008.08.13)

* „Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem. Jest ono czasem koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego eksperymentu może nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla nowej apologii sadyzmu. …” ‑ Tak mówił, ustami swojego cynamonowego ojca, Bruno Schulz. Żyd, którego w 1942 roku na ulicy Drohobycza zastrzelił gestapowiec Karl Günther. Po prostu podbiegł do niego z tyłu, kazał się odwrócić i spokojnie strzelił w głowę, dwa razy. W jednej chwili, w akcji eliminacji żydowskiej materii żywej, zmienił genialnego Schulza w materię martwą, jeszcze ciepłą, ciepłem poprzedniego stanu. Leżał twarzą do ziemi z wyciągniętą ręką, jakby w ostatniej chwili rozpaczliwie próbował zatrzymać ulatującą duszę, duszę materii żywej. (2008.09.25)

* Dzisiaj obudziłem się o godz. 14.(sic!), bez temperatury, bez bólu stawów, gardła, płuc ‑ po prostu nowo narodzony, jak bym wyszedł z jezusowej szopki. Wiem już, że ja również mogę chorować, a co gorsza, jestem prawie pewien, że też będę musiał kiedyś umrzeć, prawdopodobnie.

Mój syn Jakub 4. stycznia kończy 40 lat, aż mi się nie chce wierzyć, że tak stary facet jest moim synem, bo przecież ja skończyłem w październiku dopiero 73 lata. Podziwiam Jakuba i jego grupę przyjaciół, patrzę z zazdrością jak, gdy przyjdzie na to czas, siadają na swoje potężne motocykle (www.motobiker.pl) żeby gdzieś na bezdrożach Europy gubić rozterki. Żeby rozterki, oni gubią świadomość, i są szczęśliwi. Nie małą płacą za to cenę, bo zdarzają się motocyklowe pogrzeby.

 “Nie znam Pana poezji. W życiu o Panu nie słyszałam. I pomyśleć, że przyprowadził mnie tutaj Pascal. I znów jestem bogatsza. Pozdrawiam.” Przeczytałem ten wpis w mojej KSIĘDZE GOŚCI, i ze zdziwieniem stwierdziłem, że budzi się we mnie nieodparta chęć zostania poetą, ja, umysł racjonalny. Czy to nie dziwne? Chociaż jeżeli rozważyć problem w kategoriach słabości ludzkiej, to chyba normalne.

Zacząłem czytać Twój “Przystanek Marzenie”. (2008.12.27)

* Minął rok 2008, zaczął się 2009, karuzela czasu kręci się. Normalne, jak mocz i stolec. Wszystko jest jednym. (2009.01.01)

* W każdym z nas siedzi trochę snoba, więc oczywiście schlebia mi, że poznałem Józefa Barana, wybitnego poetę i prozaika, ja, filologiczny barbarzyńca. Ale, uwierz mi, bardziej mnie cieszy, że spotkałem mądrego człowieka, który nie odmawia bliźniemu prawa do małości, bo wie, że mądra małość kosztuje więcej, od napuszonej wielkości. (2009.01.01)

* Mówisz Andrzeju, że rozmawiasz z kamieniem, w którym będziesz rzeźbił (kamień trafił szczęśliwie). Żeby rozmawiać z kamieniami tak, jak z ludźmi, trzeba je kochać tak, jak ludzi, o czym Ty, jako rzeźbiarz doskonale wiesz. Miałem kiedyś przyjaciela, był dużo starszy ode mnie, a gdy miał siedemdziesiąt lat jeszcze podnosił kamienie, których nie podniósłby czterdziestolatek. Antoni Zieliński z Wojtala, często przychodził do mnie, do Lorbasówki, na szklaneczkę whisky. To był świetny kamieniarz. Zawsze zanim uderzył młotem, kamień głaskał, obracał, głaskał, obracał, i cały czas do niego mówił. Tłumaczył, wyjaśniał dlaczego musi go rozbić i jak ważną rolę w nowej postaci będzie spełniał. Aż w pewnym momencie rzucał: „tutaj” i jednym lub dwoma uderzeniami dzielił kamień tak, jak chciał. Tak, Antoni kochał kamienie, a one o tym wiedziały i były mu uległe. W Lorbasówce jest wiele dużych kamieni, które jak ja, Antoniego kochały, jeden po jego śmierci z żalu pękł. (2009.03.05)

* Droga Pani Elu, myli się Pani. Nie lubię ludzi „ugładzonych”, jak Pani to określiła, nie lubię, bo nigdy nie wiem gdzie u nich kończy się „ugładzenie”, a gdzie zaczyna fałsz. Nie szukam Boga? ależ ja Go szukam ciągle, szukam od piętnastego roku życia! kiedy to głupi ksiądz na spowiedzi powiedział wrażliwemu chłopcu, że Bóg skazał dziecko na wózek inwalidzki, żeby wypróbować wiarę jego rodziców. Inna rzecz, że zawsze tam, gdzie próbuję Go znaleźć, znajduję Człowieka.

Styl hemingwayowski, staroszlachecki, strach przed stratą? Na marginesie, poeta amerykański Charles Bukowski jadąc pociągiem wyrzucił przez okno książkę Hemingwaya stwierdzając: „ten głupi skurwysyn nie umie pisać”. Elżbieto, ja jestem starym facetem i już od dawna, bardzo dawna na nikim się nie wzoruję i nie pozuję, po prostu jestem sobą. Taki… trochę krzywy, trochę prosty, ale ja. I mam w sobie więcej pokory niż jest Pani w stanie sobie to wyobrazić. Nie muszę się więc bać, bo już dawno skalkulowałem straty. No, może trochę się obawiam, żeby los nie odebrał mi godności.

Św. Augustyn? Augustyn to oczywiście przede wszystkim jego Wyznania, pełne ludzkiej pasji i podziękowań Bogu. Ale również pełne intelektualnego, jakże ludzkiego niepokoju. Nie zastanawiała się Pani nigdy, dlaczego? To Elżbieto nieuporządkowana świadomość, nieuporządkowana relacja bytów Bóg ‑ człowiek, Człowiek ‑ bóg. Po wprowadzeniu przez Augustyna doktryny konieczności absolutnej łaski, niezbędnej do zbawienia ‑ gdy obalono doktrynę Pelagiusza, według której człowiek rodzi się z duszą czystą, nieobciążoną żadnym grzechem ‑ do dzisiaj nie rozwiązano w chrześcijaństwie problemu wolnej woli człowieka, wobec wszechwiedzy Boga.

A Matka Teresa? Przez całe życie poszukiwała Boga, żeby na łożu śmierci stwierdzić, że Bóg jest w każdym człowieku. Tak Elżbieto, żeby znaleźć swojego Boga, trzeba najpierw w Boga zwątpić. Niewiele warta jest wiara, która wynika z gorsetu ‑ jakże sztywnego ‑ wychowania. (2009.03.08)

* Za mało kapłanów, za dużo uprawiających zawód pazernych księży, odwieczna doktryna katolicka oparta na zakazach, nakazach i strachu przed Bogiem, kostyczna, nierzadko arogancka postawa episkopatu, będą w coraz większym stopniu odpychały młodzież od Kościoła – tę najbardziej wartościową, pełną wewnętrznego niepokoju, myślącą, poszukującą sensu i radości życia. Jeżeli Kościół nie zmieni swej polityki mentalnego tkwienia w średniowieczu, zostaną przy nim umysły mierne i bezwolne. Nie można przywrócić płonących stosów, ani zamienić je na intelektualne.

Nie można głosić ubóstwa, budując pałace, służyć Bogu, nie służąc Człowiekowi. Pazerność Kościół zgubi. (2009.08.12)

* Pupa kobieca to piękno absolutne, wiedziałem to już, gdy byłem jeszcze chłopakiem. Pupy kobiece przesłaniały mi wtedy wszystko: naukę, sport, ideologię, religię; absolutnie wszystko. Byłem wtedy wielkim estetą. Zastąpmy więc hasło „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” na „Kobiety dbajcie o swoje pupy tak, jak dbacie o twarze”. (2009.08.18)

* Jeżeli chodzi o wulgaryzmy, pozostaję z szacunkiem do Twojego stanowiska w tej sprawie, ale dla mnie to jest po prostu pruderia. Bo przecież kochanie, jeżeli weźmiesz do ręki gówno przez papierek, to nie możesz udawać, że nie trzymasz gówna w ręku. Więc żadne wielokropki nic tu nie zmienią, albo używasz wulgaryzmu albo nie, k… mać, czy kurwa mać, zawsze będzie kurwa mać. Tak, jak gówno, w papierku czy bez, zawsze będzie gównem w ręku. Naprawdę tego nie widzisz, albo może lepiej, nie czujesz? (2009.11.29)

* Joanna Krupa, popularna w Stanach Zjednoczonych polska modelka rozpętała burzę występując na plakacie organizacji PETA, broniącej praw zwierząt. Na plakacie naga, piękna Joanna, ze skrzydłami anioła i z aureolą, unosi się nad watahą miłosiernie patrzących psów, w jakimś gotyckim wnętrzu, być może w starej katedrze. Piersi i łono modelka zasłania krzyżem. No cóż, piękne intencje, piękny krzyż, piękne ciało.

Oczywiście, że bez krzyża byłoby jeszcze piękniej, ale żeby z tego powodu robić aż taki raban. (2009.12.28)

* Nowy Rok przyniesie Ci radość i spokój, jeżeli mu w tym pomożesz, jestem o tym głęboko przekonany. Musisz tylko sobie uświadomić ‑ znajdziesz to w filozofiach wschodu a w zmodyfikowanej formie przejęły to religie ‑ że prawdziwą radość może przeżywać tylko człowiek, który ma wewnętrzny spokój, uporządkowany ład moralny, ustaloną hierarchię ważności. Uświadomić sobie, że właśnie Ty jesteś w swojej egzystencji najważniejsza, bo Ty, to Twój materialny Świat, czyli w ogóle Świat, który umrze z Tobą. I to jest pierwszy krok do radości, ta świadomość, dalej to już tylko trudna, bardzo trudna droga, z której powinnaś usuwać wszystko to, co Ci na niej jest zawadą. Głównie ludzi toksycznych, którzy pasożytniczo, bezwzględnie, egoistycznie wykorzystują to, co kiedyś Ci wpojono ‑ dobroć i szacunek dla człowieka. Wpojono nie nadmieniając: ale nie aż do samozatracenia, bo Ty jesteś też człowiekiem, dobro i szacunek dotyczy również Ciebie, Ty masz też tylko jedno życie. Jeżeli nie potrafisz rozstać się z tym, co Cię wiąże, ubezwłasnowolnia, nie pozwala odczuwać radości, to przynajmniej zmarginalizuj to do absolutnego minimum, ale to jest już tylko półśrodek. I na koniec zadam Ci pytanie: czy wiesz ile jeszcze będziesz żyła, a jeżeli, czego Ci życzę, jeszcze co najmniej ćwierć wieku? Ćwierć wieku! Ściskam, i życzę Ci w ty roku dużo egoizmu. (2010.01.02)

* Życie duchowe zaczyna się gdzieś po sześćdziesiątce, gdy mamy więcej czasu, ochoty na myślenie, dużą perspektywę czasową do ocen i pokaźny bagaż krzywd, wyrządzonych i doznanych. Dopiero wtedy czuje się prawdziwy smak dawnych miłości, i czuje się wagę niespełnienia. (2010.01.02)

* Pytasz co robię? Właśnie piję mocny absynt z cytryną, wiesz ten, który podtrzymywał geniusz Amadeo Modiglianiego (Amadeo, co za piękne imię, jak jego obrazy), więc mam umysł jasny, jak po komunii świętej, co pozwala mi klarownie coś Ci wreszcie powiedzieć. Jestem zakochany, absolutnie zakochany. Kocham Twoje surrealistyczne zbitki myślowe. Bawią mnie, zaskakują, zapraszają do refleksji, zmuszają do myślenia, często stanowią zagadkę. W tych wydawałoby się bezsensownych sformułowaniach widzę jak w lustrze, Twoją twarz, Twój uśmiech, Twoje bujne kręcone, siwe włosy (pewnie Cię za nie targają?), tak jakby Twoja myśl prześmiewcza, z głęboko ukrytym sensem, często bolesnym, zniekształcona jak zegary na obrazie Dali’ego, była kryształowym lustrem, z Twoim odbiciem.

Rzucasz Andrzeju te perły absurdu, jak gracz kości na stół i zaciekawiony patrzysz, jak się ułożyły, jaki sens kryją, sam nie zawsze sens w nich znajdujesz. Po prostu, grasz i się bawisz, bardzo Ci za to dziękuję. (2010.01.11)

* Niemcy są sztywni, bez fantazji i wyobraźni, tacy jak się o nich złośliwie mówi, że najserdeczniej się śmieją z kawału, w którym ktoś kogoś kopnął w dupę, bo ten gest czysto fizyczny widzą i rozumieją. Ze wszystkich Niemców, których poznałem, tylko dwóch było innych, ale jeden z nich był pół krwi Polakiem, a drugi pełnej krwi Żydem. Obaj umieli się śmiać, wypić i płakać, obaj byli wspaniałymi ludźmi. Ten pierwszy był kuzynem mojej żony, kłóciłem się z nim, i go kochałem. Ten drugi, gdy sobie popiliśmy, śpiewał po żydowsku i uczył mnie żydowskich tańców, bo wiedział, że je kocham.

Na marginesie, we mnie płynie również krew niemiecka, po mojej Babci Elizabeth Lesińskiej, której matkę, a moją prababkę, kolonistkę niemiecką z domu Bishop porwał, wbrew woli jej rodziców, mój Pradziadek. Ponadto, jedna z moich ciotek, obecnie 95. letnia twierdzi, że wcale nie jesteśmy potomkami zubożałej szlachty kujawsko-pomorskiej, herbu Jastrzębiec, bo naszym protoplastą był Żyd o nazwisku Lesman, który przeszedł nielegalnie Drwęcę, z zaboru rosyjskiego do pruskiego, ze swoimi dwoma braćmi, a potem przechrzcił się i zmienił nazwisko na Lesiński. Ale z uwagi na mój charakter, rozrzutność, nieumiejętność robienia pieniędzy, fantazję ułańską, kochana Ciocia chyba nie ma racji. No, może inteligencja?

Co do bełkotu kolorów, a czyż orgia kolorów nie może być piękna, czy jakąkolwiek sztukę można ubrać w sztywny gorset stereotypów i konwenansów? Na szczęście Ci prawdziwi artyści tworzą zgodnie ze swoim widzeniem świata, z trudem zarabiają na swoją codzienną egzystencję, na to żeby swoje wizje uparcie utrwalać na płótnie, w glinie, w granicie, marmurze, w ceramice, na papierze. Wbrew wszystkim i wbrew sobie, a czasem wydawałoby, się wbrew logice. I niektórzy mają szczęście być uznanymi za wielkich, najczęściej po śmierci. Ileż wspaniałych Twórców, Ty wiesz o tym lepiej ode mnie, odeszło cicho, a ich wspaniałe prace walają się gdzieś po rupieciarniach albo, co gorzej, bezpowrotnie zaginęły.

Mówisz, że na wernisażach wcinają Twoje kanapki, piją Twoje wino, i odwracają sie dupą do Twoich prac. Nie wiem czy wiesz, że istnieje specjalna grupa, uczestników, którzy nie pominą żadnego spotkania, żadnego wernisażu, tylko dlatego, żeby zaliczyć konsumpcję, no i może porozmawiać ze znajomymi o wczorajszym dniu, i nieżyczliwie wyrazić się o wspólnych znajomych.

Na szczęście, mój drogi Kojocie, jesteś artystą wybitnym i już w brzuchu matki trzymałeś Pana Boga za palec, więc z tym porządkiem świata sobie poradzisz. (2010.01.19)