Ośrodek żeglarski w Boszkowie przed Lesznem, nad pięknym jeziorem, 17 km od trasy Poznań – Leszno, obok stadnina koni. Do tego pięknego miejsca zostaliśmy zaproszeni (12-14.04.2008) z Andrzejem Wiśniewskim, przez Barbarę i Sylwestra Chłodzińskich, którzy wspaniale pełnili rolę gospodarzy w wynajętym pawilonie, tuż nad jeziorem. Ja, z Gdańska miałem blisko, Andrzej z Hiszpanii nieco dalej. To było prawdziwe spotkanie Kojotów.
Tym razem mieliśmy nie tylko   obwąchać się i troszkę zdezynfekować ale również, zgodnie z koncepcją Andrzeja – wybitnego ceramika, grafika, rzeźbiarza i malarza – wykonać i topić łapy, na okładkę mojego nowego tomiku, do którego wcześniej wykonał grafiki, świetnie przystające do tematyki wierszy.
Barbara jak zwykle, wodziła zakochanymi oczyma za swoim Guru Sylwkiem, a w nozdrzach miała najcudowniejszy dla niej aromat, zapach potu końskiego. Sylwek oczyma rozbierał Barbarę i rzeźbił, następny cudowny akt.
Na dobę dojechała do nas Frida (Magdalena Hoffmann) z psem, znana ze swoich świetlistych obrazów takich, że oglądający nabierają przeświadczenia o śmierci autorki, z powodu eksplozji, przy malowaniu ostatniego.
Było wspaniale, jedynie mnie nie udało się, pomimo wysiłków,  złapać zapalnia płuc, podczas otwierania sezonu pływackiego, ani w dzień, ani w nocy. Po prostu bezowocne wysiłki, zmarnowane kąpiele. 

   

                              Tak, to my, Kojoty i ze swoim psem Frida, i zachód słońca boszkowski.

         
           

Nie moi drodzy, Sylwek nie pieści brzozowej kłody, Sylwek pieści akt swojej żony, który właśnie wyrzeźbił. A piwo pije Pan Marian, Bosman. Pod okiem Barbary, Andrzej przyrządza krewetki. I tu, co zdarza się rzadko, nie zgadzam się z Andrzejem. Bo w piwie moczone krewetki, może się otwierają, ale tracą czosnkowy aromat. Zjesz kiedyś Andrzeju u mnie krewetki, w czosnku, imbirze i białym winie. A Frida pozornie spokojna, wewnętrznie płonie.

         
         
         
         
         

Zdołałem zawrzeć przyjaźń z Wackiem, łabędziem, a nie zdołałem, w żaden sposób, namówić Kojotów na kąpiel. Stanowczo oświadczyli, że pozostaną na pomoście, przy mojej pigwowej nalewce. Panie dyskretnie obserwowały moją, nazwijmy to męskość – odniosłem wrażenie, że z pewną dezaprobatą i… z  zawodem. Po drugiej kąpieli, Barbara żegnała się ze mną ze łzami w oczach, bo była przekonana, że mężczyzna w moim wieku rzadko wychodzi z zapalenia płuc. A ja nie dostałem nawet kataru i kobietę zawiodłem, a mógł być taki piękny pogrzeb. No i wreszcie Łapy, główny punkt programu, wizja Andrzeja, zrealizowana moją dłonią i aparatem. I próbka talentu Fridy, trzy Jej świetliste obrazy.

 

 

 

KJL/06’2008